Cała Japonia w jednym miejscu!
Najświeższe wiadomości, artykuły i ciekawostki

ISSN 2450-3193

Społeczeństwo JAPOŃSKI ŻURAW I POLSKI BOCIAN - WSPÓLNYMI SIŁAMI NA PRZEKÓR TSUNAMI

Gazeta.pl

11.03.2014 | 19:00
Autor: Anna Bielak

O tym, jak akcja "Ganbare Nippon! Ratujmy Nippon!" połączyła polskie i japońskie serca, opowiada nam jej inicjatorka i głównodowodząca, mieszkająca w Polsce Japonka, Miho Iwata.

Każde, nawet największe dzieło, ktoś musi rozpocząć. Jak zaczęło się Ganbare Nippon?

11 marca 2011 roku nie tylko ja, nie tylko moi znajomi czy moja rodzina, ale cały kraj, cała Polska, cały świat z wielkim wstrząsem oglądaliśmy, co się działo po wielkim trzęsieniu ziemi i tsunami we wschodniej części Japonii. Prawie nie mogłam spać i to też na pewno nie tylko ja. Nawet ci, którzy nie mają znajomych Japończyków, na całym świecie nie mogli oderwać wzroku od relacji. Ja na całe szczęście mieszkam w zachodniej części Japonii i cała moja rodzina nie musiała cierpieć z powodu tej katastrofy. Jednak bardzo wielu moich znajomych i nawet nieznajomi, którzy mnie spotkali na mieście, pytali, czy u mojej rodziny wszystko w porządku. Naprawdę byłam bardzo wdzięczna takim ciepłym sercom moich przyjaciół oraz nieznajomych ludzi i poczułam, że chciałabym coś zrobić. Ja oczywiście byłam bardzo zdenerwowana tym, co się działo tam, ale to poczucie nie dawało mi spokoju i wiedziałam, że po prostu muszę coś zrobić. Zdecydowałam zapytać paru moich znajomych, czy jest jakaś szansa, by zrobić coś dla Japonii. Zadzwoniłam do pani Krystyny Zachwatowicz i do pani Bogny Dziechciaruk-Maj, dyrektor Muzeum Manggha, i od razu pani Bogna powiedziała „No to przyjedź. W poniedziałek zrobimy zebranie na ten temat”. Razem z moją koleżanką ze Szkoły Języka Japońskiego, Magdą Łukasiewicz, uczestniczyłyśmy w tej naradzie pracowników Muzeum Manggha i tam dyskutowaliśmy co zrobić. W międzyczasie byłam też zaproszona do audycji TVN, który cały czas relacjonował, co się dzieje w Japonii, ale naprawdę było mi trudno jakiekolwiek słowa wydobyć, bo obrazy były wystarczające i ściskały za serce wszystkich ludzi. Trzeba było działać. I właśnie taki był początek.

Tsunami zniszczyło olbrzymie obszary japońskiego wybrzeża. Dlaczego akurat Kesennuma stała się celem Waszej pomocy?

Tak naprawdę na tym pierwszym zebraniu rozgorzała dyskusja na ten temat. Trochę inaczej myślą Polacy, a trochę inaczej Japończycy. Japończycy trochę bardziej wierzą w publiczne instytucje opieki charytatywnej, a w Polsce bardziej liczą na konkretną pomoc ze strony już doświadczonej prywatnej fundacji. Zdecydowaliśmy się więc wziąć coś pośrodku, czyli konkretne miasto - nie cała Japonia, tylko samorząd miasta Kesennuma. Pani Bogna przypomniała sobie, że w 1997 roku Muzeum Manggha dostało 200 latających karpi od ludzi z Kesennuma, tzw. koi nobori, które są symbolem witalności, życia i życzenia, żeby dziecko rozwijało się w zdrowiu. Zdecydowaliśmy się więc skierować nasze wsparcie do miasta Kesennuma.

Proszę mi powiedzieć w takim razie, jak doszło do tego, że w tę akcję włączyli się uczniowie Szkoły Języka Japońskiego?

Ja już wówczas od paru lat pracowałam jako lektorka języka japońskiego w Szkole Języka Japońskiego, wówczas pod Fundacją Kyoto-Kraków pana Andrzeja Wajdy i Krystyny Zachwatowicz. W ogóle pierwszy pomysł pojawił się między mną a Magdą Łukasiewicz, która też pracuje do dziś jako lektorka języka japońskiego w naszej szkole. Dlatego dla nas zupełnie naturalnym rozwiązaniem było to, że robimy tą akcję z młodzieżą polską, która interesuje się Japonią, czyli z naszymi uczniami. Bardzo się cieszyłam, że było bardzo dużo chętnych do akcji i do zbierania datków dla Kesennumy. Ja nigdy wcześniej nie robiłam czegoś takiego, nie próbowałam, a nie jest to takie łatwe. Nie jest łatwo poprosić nieznajomych ludzi o datki. Prosiliśmy bardzo różnych ludzi, oczywiście między innymi odwiedzających nasze Muzeum Manggha, ale nie tylko. Prosiliśmy też różne instytucje, np. Muzeum Narodowe w Krakowie, żebyśmy m.in. na wernisażach mogli zbierać datki. Jeździliśmy więc z moimi uczniami i kwestowaliśmy.

Uczestniczący w akcji wolontariusze ze Szkoły Języka Japońskiego z Miho Iwatą i Ambasadorem Japonii w Polsce; źródło: Facebook Ganbare Nippon

Sama zbiórka pieniędzy do puszki to czubek góry lodowej przy takiej akcji. Kto Wam pomagał? Jakie jeszcze akcje organizowaliście?

Nie mogę zapomnieć współpracy z Gazetą Wyborczą, która rozpropagowała naszą akcję i wiele im zawdzięczam. Ważnym wydarzeniem była Noc Muzeów, kiedy to równolegle zaangażowanych było 8 czy 9 muzeów i jednocześnie wysłaliśmy w każde miejsce po kilka osób. Organizowaliśmy też koncert charytatywny na rzecz Kesennumy na rocznicę katastrofy 5 marca 2012 roku, na który zaprosiliśmy wspaniałych artystów, którzy wyłącznie z własnej dobrej woli nam pomagali. Wśród nich byli Olga Szwajger, Jan Peszek, Jacek Ostaszewski, Maciek Maleńczuk, Bester Quartet, Kinior, Piotr Machnik, Tomek i Jan Chołoniewscy czy Chór Nowodworski I LO. To było rzeczywiście duże wydarzenie, może nawet trochę zbyt ambitny projekt, aby przygotować go z tak małym zespołem organizacyjnym, ale mieliśmy też duże wsparcie publiczności, która musiała kupić cegiełki, aby posłuchać naszego koncertu oraz instytucji, które go sponsorowały. Było też tam parzenie herbaty, a gości mogliśmy poczęstować pyszną kawą z „Pożegnania z Afryką” i czekoladkami od firmy „Wawel”. Dzięki temu mogliśmy przekazać dość ppokaźną sumę miastu Kesennuma. Bardzo się cieszę, że udało się to jakoś zrealizować. Oczywiście, mogło być lepiej, ale był to finał naszej akcji i mogliśmy też pokazać publiczności, jakie piękne koi nobori dostaliśmy z Kessenumy. To właśnie koi nobori użyliśmy do dekoracji – myślę, że jeszcze czegoś takiego w Filharmonii nie było.

Plakat koncertu; źródło: Facebook Ganbare Nippon

Wsparło nas też biuro pani poseł Róży Thun – mieliśmy taką bardzo fajną akcję, jeździliśmy po mieście starym tramwajem i pani Róża też do nas dołączyła, a ci, którzy wsiadali do naszego tramwaju, mogli robić z nami origami. Wtedy nasza akcja wyszła poza muzeum i szkołę.

Wróćmy nieco do początku... Czy może nam Pani opowiedzieć o samej nazwie i logo akcji?

„Ganbare Nippon! Ratujmy Nippon!”, takie hasło wybrałam dla naszej akcji. „Ganbare” znaczy „trzymaj się”, a „Nippon” znaczy „Japonia”. Miało ono wspierać Japończyków a zarazem zachęcić Polaków, aby wspomogli nas, stąd dopisek w języku polskim „Ratujmy Nippon!”.

Logo naszej akcji przygotowała natomiast Mami Futakami, Japonka, która przyjechała do Krakowa, aby studiować malarstwo. Poprosiłam ją wtedy o przygotowanie logo. Powstały dwie wersje, z których wybraliśmy jedno. Ten znak symbolizował przytulające się do siebie japońskiego żurawia i polskiego bociana, które układają się w kształt serca.

Logo akcji; źródło: Wirtualna Polska

Potrzeba serca to jednak za mało. Czy łatwo było się zorganizować i zacząć działać? Jak wyglądała praca na bieżąco? Czy wszystko robili uczniowie?

Łatwiej nam było opisać Polakom Kesennumę - o jakie miasto chodzi, ponieważ w Kesennumie po tsunami przez wiele dni trwał olbrzymi pożar, którego nie można było ugasić. Przez to ciągle ten rejon był pokazywany w telewizji.

Pożar w Kesennuma; źródło: structuralretrofit.net.au

Nie powiem, że było łatwo, ale jednak wydaje mi się, że na początku była bardzo duża chęć i motywacja. Tak naprawdę okazało się, że nie tylko ja, wszyscy chcieli coś robić i denerwowali się, że oglądają telewizję i nie mają jak pomóc. Wszystko było przygotowane własnoręcznie przez naszych kolegów. Bez pięknego opakowania puszek w wykonaniu naszych uczniów i ich wspaniałej księgowości, nie dalibyśmy rady. Każdy przyniósł jakieś pudełeczka z firmy, z pracy, z domu. Kombinowaliśmy jak to zrobić, opakować, jak to potem rozpakować itd... Ale mi się wydaje, że to było bardzo fajne i ja się cieszę, że mogłam coś takiego robić z uczniami, bo tak naprawdę pracując w szkole kontakt z uczniami nie jest duży. To jest kurs języka japońskiego, na który przychodzą czy to studenci, uczniowie liceów, czy pracujący, raz albo dwa razy w tygodniu na półtorej godziny. Dlatego nie ma wiele okazji, by wspólnie coś robić...

A tu pewnie nie jedną noc wspólnie zarwaliście?

Tak, ale wydaje mi się, że to był bardzo ciekawy okres i ja naprawdę pamiętam każdego ucznia, który uczestniczył w tej akcji. Mieliśmy nawet okazję wybrać się do liceum, w którym uczyła się jedna z naszych wolontariuszek i pojechaliśmy tam razem. Oczywiście, że nie zawsze było tak miło. Bywało różnie, ale bardzo się cieszyłam i w czasie akcji czułam wielką wdzięczność wobec ludzi, którzy przeżywali to z nami jako coś swojego. Mogliśmy wtedy spotkać mnóstwo ciepłych serc.

Miała Pani okazję osobiście odwiedzić zniszczone rejony. Czy może nam Pani krótko opowiedzieć o tym wyjeździe?

Tak, pod koniec sierpnia w 2011 roku odwiedziłam Kesennumę. Kontakt z Kesennumą prowadziłam głównie ja i początkowo chodziło przede wszystkim o to, by przekazać im, że my zaczęliśmy taką akcję dla nich. Tyle, że miasto Kesennuma przez długi, długi czas nie miało żadnej łączności. Pamiętam, że wtedy pani Anna Goc z Gazety Wyborczej miała za zadanie relacjonować to, co się tam dzieje, ale nie bardzo miała jak... Na początku udało nam się przekazać tę wiadomość przez wojewodę prefektury Miyagi, do której należy Kesennuma i przez długi czas to właśnie on mi pomagał. Potem miałam już bezpośredni kontakt z miastem Kesennuma i odwiedziłam ich, ponieważ czułam, że powinnam zobaczyć, powinnam ich odwiedzić. W międzyczasie szukając jakichkolwiek informacji o Kesennumie trafiłam na facebooka i blog pana Hirotaki Oyamy, który bez przerwy, codziennie opisywał, co się działo tam, co się działo z nim i jego rodziną. Wiedziałam, że bardzo energicznie działa na rzecz miasta i wokół niego zebrało się wspaniałe towarzystwo „Kesennumanów”, którzy chcą jak najszybciej odbudować miasto. Przez niego trafiłam do grupy z okolicy Tokio, która chciała pojechać na wolontariat do Kesennumy i ja się przyłączyłam do nich. Właściwie było to już 3 miesiące po katastrofie, ale warunki były trudne i nie można było tak po prostu pojechać sobie na wolontariat nie mając swojego noclegu. Małe hotele w większości zostały zniszczone, a duże hotele często były zajęte przez ludzi, którzy stracili swoje domy. Dwa dni pracowałam jako wolontariuszka właśnie z tymi kolegami spod Tokio, a dwa dni spędziłam na spotkaniu z prezydentem miasta i odwiedzeniu właśnie tych mieszkańców Kesennumy, którzy w 1997 roku przywieźli koi nobori do Polski. Widziałam ten wielki statek na lądzie, daleko od brzegu, wokół którego niego właściwie nic nie zostało. Nie było też żadnego budynku dworca, zostały tylko tory i peron. Te grunty, które były blisko portu, obniżyły się i do tej pory tamten teren nie jest odbudowany. Dopiero teraz trwają roboty ziemne, które mają podwyższyć tamtejsze tereny. Tak to właśnie odwiedziłam Kesennumę. Właściwie to była moja pierwsza wizyta w tamtym rejonie. Bardzo chętnie odwiedziłabym ich ponownie, ale to nie jest blisko.

Na zdjęciu dobrze widać, jak daleko fala wyniosła statek; źródło: Nigel's 2012 Big Japan Bike Ride

Statek w przybliżeniu; źródło: National Geographic

Czy jest jeszcze coś, o czym chciałaby Pani opowiedzieć naszym Czytelnikom?

Hmm.... To nie jest bezpośrednio związane z naszą akcją, ale co ciekawe, całkowicie niezależnie od nas Polska Akcja Humanitarna również przeznaczyła swoją zbiórkę dla Kesennumę. Dzięki temu odbudowali przedszkole, które znajduje się właśnie w Kesennumie. Wydaje mi się więc, że jest jakaś nić między nami. Oni tego nie zrobili, bo my zaczęliśmy, bo dostaliśmy koi nobori, ale po prostu tak trafili. Na całe szczęście to przedszkole nie jest w miejscu, gdzie wszystko zostało zniszczone, więc mają mieszkańców. W niektóryh rejonach po prostu nie ma kto mieszkać. Do właśnie dzięki zaangażowaniu PAH pani prezydentowa Komorowska odwiedziła właśnie Kesennumę.

I nie tylko my robiliśmy wtedy akcje. Polski Związek Karate Tradycyjnego zaprosił na przykład dzieci z tamtego regionu na wakacje. Odwiedziły one Muzeum Manggha, zrobiły sobie zdjęcia z Wajdami, a ja też wtedy spędziłam z nimi pół dnia.

A jakim jednym słowem, jednym zdaniem Pani teraz podsumowałaby swoje odczucia względem Ganbare Nippon?

[Dłuższy moment wahania]

To wszystko, co udało się zrobić - czy jest Pani dumna, zadowolona?

Mówiąc szczerze, czuję się trochę winna. Winna wobec uczniów i ludzi, którzy się zaangażowali. Cały czas mam wrażenie, że można było zrobić więcej. Zwłaszcza koncert w rocznicę trzęsienia ziemii. Ta akcja była wielkim wysiłkiem organizacyjnym. Akcja zbierania pieniędzy udała się bardzo dobrze dzięki zgranemu zespołowi. Wprawdzie to byli amatorzy, ale każdy wiedział jakie było jego zadanie. Niestety na koncert nie udało się zebrać tak zgranego zespołu i odnoszę wrażenie, że to zadanie mnie trochę przerosło. Do tego tuż przed koncertem ogłoszono żałobę narodową [w związku z katastrofą kolejową pod Szczekocinami - przyp. red.], więc do końca nie było wiadomo, czy konert się odbędzie. Przez to wszystko nie udało się sprzedać tylu cegiełek ile chcieliśmy. Mimo wszystko myślę, że dobrze się stało, że zorganizowałam ten koncert. Dla wszystkich, którzy przyszli i dla tych, którzy uczestniczyli w akcji było to dobre jej zakończenie. 

Pani Miho, to był rok ciężkiej pracy i myślę, że ma Pani powody do dumy. Proszę o tym pamiętać. Dziękuję bardzo za rozmowę.

SYLWETKA AUTORA

TAGI:

tsunami   Polska-Japonia   okiem Japończyka  

NASZE ARTYKUŁY

Tamago – jajko w Japonii

NAJPOPULARNIEJSZE ARTYKUŁY

Komu macha maneki-neko?

Kitsune - japońskie lisy

PATRONUJEMY

PARTNERZY

Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy