Cała Japonia w jednym miejscu!
Najświeższe wiadomości, artykuły i ciekawostki

ISSN 2450-3193

Społeczeństwo OPOWIADANIE "JAPONIA W PRZYSZŁOŚCI"

Źródło: Fabulous website

05.10.2014 | 22:27
Autor: Piotr Sarota

Macie ochotę przenieść się do Japonii, ale nie tej współczesnej, lecz tej, którą będzie można zobaczyć w niedalekiej przyszłości? W taką krótką podróż zabierze was niniejsze opowiadanie.

Jak niemal każdego dnia, Shiro obudził się, przywołany do rzeczywistości przez dźwięk budzika wrzynający mu się wprost pod czaszkę. Zdusił drania, poprawił łóżko i poszedł do kuchni. Na stole czekał gotowy do odgrzania obiad, dwie butelki niegazowanej wody mineralnej i czytnik z dzisiejszym numerem gazety. Jak zwykle sięgnął wpierw po ekspres do kawy, wybierając ulubioną mieszankę z podwyższoną zawartością kofeiny iz  cukrem, mimo iż Lena zawsze określała ten zestaw mianem „barbarzyństwa”. Wsadził wodę do lodówki, łososia z ryżem i curry wrzucił do mikrofalówki, a potem wyszedł na balkon. Było już po zachodzie słońca, lampy zalewały dzielnicę zimnym światłem jarzeniówek, a między drzewami przemykali ostatni spóźnialscy z dziennej zmiany. No i pan Yamashita, z determinacją obijał drewnianymi listwami swój żelbetonowy blok w nadziei, że dzięki temu będzie wyglądał bardziej tradycyjnie. Shiro pamiętał, że było to wielkie marzenie sąsiada – klasyczny domek, na wsi, nad strumieniem – ale nie zarabiał wystarczająco dobrze, by sobie na taki pozwolić, ani nie chciał wikłać się w kolejne relacje z firmowym bankiem, który podobno znów zaostrzył wymagania kredytowe. Cóż, namiastka klasyki na przedmieściach też nie jest zła… Shiro odetchnął nocnym powietrzem; pierwszy raz od kilku tygodni nie było w nim czuć gryzącego smogu, docierającego do nich znad Chin i zasnuwającego czyste tokijskie niebo, które wszak dopiero niedawno udało się odzyskać. Upił łyk kawy i zapatrzył się w panoramę Tokio; w centrum musiał panować teraz – jak i przez resztę dnia – mocny ścisk, a przez upstrzone neonami ulice przemykały miliony pracowników i turystów, napędzających krwioobieg metropolii. Z perspektywy chodnika, na skrzyżowaniu w Ginzie miasto musiało zdawać się kiczowatym, przerażającym olbrzymem, ale dla Shiro – stojącego w swoim apartamencie i patrzącego na rozjaśnione budynki Shinjuku – pnące się w górę biurowce, niby efemeryczne, a przecież zdolne oprzeć się tajfunom, wypełnione malutkimi apartamentami wieżowce, poruszające się jasne węże komunikacji miejskiej i sznury samochodów sprawiały, iż Tokio wydawało się cudownym miejscem. Czasem zimnym i kłopotliwym, czasem irytującym i wysysającym siły, ale przy tym niesamowitym i pięknym.

Wrócił do środka, przebrał się w wygodne ubranie i wszedł do swojego gabinetu. O ile oczywiście można było takowym nazwać niewielki pokoik, którego jedną połowę zajmował solidny, high-endowy zestaw komputerowy, drugą zaś – wygodna kanapa, lodówka i góra napojów energetycznych. Wyćwiczonymi ruchami uruchomił sprzęt, zalogował się do panelu kontrolnego i otworzył połączenie. Gigantyczne paczki informacji zaczęły kursować światłowodami między jego komputerem a serwerami Satori Group Inc., dając mu dostęp do zasobów i narzędzi chmury. Po chwili na ekranach po jego prawej i lewej stronie pojawili się jego współpracownicy: Jin, Keiko oraz Fisk, siedzący teraz w Hamburgu, zaś przed nim wykwitł holograficzny obraz algorytmu sztucznej inteligencji, nad którą właśnie pracowali. Przyjrzał mu się chwilę, podłączył do systemu swoje kontrolery programistyczne i zaczął przerabiać kod tak, by ten – niegdyś napędzający NPC w produkcjach na kolejne konsole Sony – nadawał się do implementacji w nowej generacji androidów Hondy.

Zbliżał się świt, gdy skończyli. Tym razem szło zdecydowanie szybciej niż ostatnio i nie musieli brać dodatkowych nadgodzin, by wyrobić się z pracą. Nadzorujący ich pan Minamasa bardzo nie lubił, gdy nadmiernie przedłużali pracę w ciągu nocy. Shiro słyszał plotki, iż ojciec pana Minamasy był karōshi: podobno harował nieprzerwanie przez 35 godzin, a gdy wstał znad biurka, nie był w stanie chodzić. Mówiono, że tuż przed samym wyjściem dopadł go zawał serca i zmarł z dłonią na uchwycie drzwi, ale Shiro nie wiedział, ile prawdy było w tych opowieściach. Faktem było natomiast to, że w Satori dbano, by pracownicy nie brali zbyt wielu nadgodzin, nie zaniedbywali domu oraz dbali o życie rodzinne. To stało się szczególnie ważne w chwili, gdy rozluźniono obostrzenia imigracyjne i znacząco wzrosła liczba cudzoziemców, a przyrost naturalny po raz pierwszy od lat przestał być ujemny. Shiro zawsze wydawało się to logiczne: urlop macierzyński, ulgi podatkowe, dodatkowe uposażenia – ostatecznie szło przecież o przyszłość państwa, które niemal wymarło z powodu niechęci do związków, głębokich relacji międzyludzkich i seksu. Tymczasem nadal zdarzały się zakłady i firmy, w których ideał korporacyjnego samuraja trwał w najlepsze, pracownik miał być zawsze dostępny, mieszkać w obskurnych hotelach kapsułowych i godzić się na przedłużony czas pracy… Zarządy niektórych przedsiębiorstw chyba wciąż mentalnie tkwiły w XX wieku… Po chwili jego komunikator poinformował go o nowej wiadomości multimedialnej od Leny. Tego wieczoru miała – razem z całym swoim działem – opijać w centrum wyjątkowo udaną transakcję i urodziny swojego szefa. Czasami nawet żałował, iż Satori jest firmą międzynarodową, a jej pracownicy rozsiani są po całym świecie – zazdrościł Lenie tego poczucia przynależności i okazji do wypicia morza alkoholu na koszt zakładu. Otworzył wiadomość: w środku znalazł selfie swojej żony, w wannie, z butelką szampana w dłoni i słowami "Wish you were here" napisanymi żelem do kąpieli na jej nagim brzuchu. Uśmiechnął się i wyszedł łapać transport do centrum.

Lena była od niego starsza o dwa lata i wyższa niemal o głowę. Czarnowłosa, z czarującym uśmiechem i cudownymi udami, o jakich marzył, gdy był nastolatkiem maniakalnie oglądającym anime. Pracowała w dużej firmie handlowej na stanowisku zastępcy szefa działu; jeśli z Japonii wypływał gdzieś w świat sprzęt komputerowy, istniała duża szansa, że przechodził przez jej ręce. Poznali się w czasie antychińskich demonstracji, podczas jednej z powracających co pewien czas fal ostrego nacjonalizmu. Oboje machali flagami i krzyczeli, potem wsiedli do tego samego pociągu, zjedli obiad przy tym samym stole, upili się w tym samym barze, wzięli pokój w tym samym hotelu, a potem kochali przez całą noc i następny dzień, nie wychodząc nawet z łóżka. Ślub wzięli kilka miesięcy później, przy chłodnej akceptacji ojca Shiro, nie widzącym w obrotnej Europejce dobrego materiału na żonę, co młodemu Japończykowi nie przeszkadzało. Zresztą, być może senior zmieni zdanie na temat synowej, gdy wreszcie zdecydują się na dziecko… Wysiadł w Shinjuku i spojrzał raz jeszcze na adres podany w wiadomości. Zdarzyło im się z Leną się być w kilku love hotelach, ale przybytku o nazwie Dorarara nie kojarzył: musiała to być nowa inwestycja Juzo i jego grupy. Juzo był yakuzą i nie było co do tego wątpliwości, choć Shiro zawsze bronił swojego przyjaciela przed oskarżeniami o bycie gangsterem. Jeśli czymś był, to na pewno sprawnym przedsiębiorcą. Gdy się poznali – tutaj zresztą, na ulicach Shinjuku – był przystojnym, inteligentnym, a przy tym narwanym facetem, który pomógł mu poradzić sobie z grupą punków, mających chrapkę na cudze pieniądze. Inna rzecz, że czego złodzieje nie zabrali, we dwóch i tak przepili w barach i przerżnęli w salonach pachinko, ale od tamtego czasu pozostali dobrymi kumplami. Na tyle dobrymi, że Juzo – choć bywał srogi i nie wahał się przed użyciem siły wobec tych, którzy nie poradzili sobie z powierzonymi im zadaniami – pozwalał jemu oraz Lenie korzystać za grosze z każdego love hotelu, jaki należał do jego sieci. Oczywiście w granicach rozsądku… Wreszcie Shiro odnalazł budynek – zaskakująco nowoczesny i drapieżnie wyglądający, jak na gust swojego przyjaciela. Wszedł do środka, wylegitymował się, wpisano go w rejestr gości specjalnych i skierowano do apartamentu małżeńskiego, gdzie czekała już na niego żona, rozgrzana wypitymi procentami i oczekiwaniem. Za oknem zaś Tokio żyło nieprzerwanym potokiem ludzi, dwadzieścia cztery godziny na dobę, trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku i ani jednego mniej.

* * *

Opowiadanie zostało wyróżnione w konkursie "Na skraju jutra w Japonii", w którym pytanie konkursowe brzmiało: "Jak wyobrażasz sobie Japonię w niedalekiej przyszłości?". Nagrodami w konkursie były książki "Na skraju jutra", ufundowane przez wydawcę - Galerię Książki. Zapraszamy też do przeczytania opublikowanej na łamach naszego dziennika recenzji tej powieści.

SYLWETKA AUTORA

TAGI:

przyszłość  

NASZE ARTYKUŁY

NAJPOPULARNIEJSZE ARTYKUŁY

Komu macha maneki-neko?

Kitsune - japońskie lisy

PATRONUJEMY

PARTNERZY

Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy