Cała Japonia w jednym miejscu!
Najświeższe wiadomości, artykuły i ciekawostki

ISSN 2450-3193

Sport O NIEZWYKŁEJ DRODZE DO TOKIO

Marek Bogdol, źródło: drogadotokio.pl

07.05.2015 | 21:34
Autor: Kamil Czuba

Marek Bogdoł, twórca strony drogadotokio.pl, uczestnik maratonu w Tokio, w wywiadzie dla dziennika "Japonia-Online" opowiada o swoim zamiłowaniu do biegania.

W jakim wieku rozpoczął Pan bieganie?

Niedawno minęły trzy lata odkąd po raz pierwszy ubrałem buty do biegania. Za bieganie zabrałem się mając na karku 28 lat. Przez pierwsze miesiące było ciężko - organizm bronił się jak tylko mógł. Co chwilę coś gdzieś mnie bolało. Wyleczyłem jedną kontuzję, a na horyzoncie pojawiała się następna. Po jakimś czasie zacząłem biegać z głową. Przykładałem się do rozgrzewki, a po biegu dokładnie się rozciągałem. Pojawiły się pierwsze "życiówki" i duma na mecie. No i ogromne pokłady endorfin, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że bieganie to jest to. Od tej pory właśnie w ten sposób spędzam część swojego wolnego czasu.

Co Pana skłoniło do takiej aktywności fizycznej?

O bieganiu myślałem od dłuższego czasu. Pewnego dnia stwierdziłem, że muszę coś z sobą zrobić. Przybyło mi kilogramów, przeszkadzał mi brak kondycji. Ogólnie czułem się źle i ociężale. Tym razem na samym myśleniu się nie skończyło. Zacząłem biegać w ramach znanego programu treningowego z cyklu: trochę biegu, więcej chodzenia. Po kilku tygodniach przebiegłem 30 min bez jakiejkolwiek przerwy. Pamiętam, jaki byłem z siebie dumny! Jak można biec pół godziny bez przerwy? Że ja? Że jak to? No tak to! Okazało się, że wszystko jest dla ludzi. Nawet maraton.

Czy uważa Pan, że bieganie zmieniło Pana jako człowieka? Jeżeli tak, to w jaki sposób?

Bieganie nauczyło mnie pokory, a dystans maratoński to już w ogóle. Wydaje mi się, że jestem mniej sfrustrowany niż jeszcze kilka lat temu. Nie jestem jakimś nadwornym optymistą. Po prostu staram się nie marudzić i brać życie takim, jakim jest. Uważam, że dążenie do celu, a następnie osiąganie go, znakomicie buduje charakter. Każdy, kto startuje w imprezie biegowej, ma jakiś cel. To może być pokonanie maratonu poniżej 4 h bądź samo dobiegnięcie do mety. Do niedawna jednym z moich celów było przebiegnięcie półmaratonu poniżej 1:30 h. Udało mi się to zrobić 22 marca br., w trakcie krakowskiego Półmaratonu Marzanny. Na mecie zameldowałem się z czasem 1:29:55. Tego typu sytuacje pozwalają uwierzyć w swoje możliwości. Umożliwiają przekroczenie kolejnej granicy. Przynoszą radość i niesamowitą satysfakcję, którą ciężko wyrazić słowami. Każdemu życzę emocji związanych z przekroczeniem mety. Oczywiście nie każdy bieg kończy się "życiówką". Są takie, o których chciałbym jak najszybciej zapomnieć. Z drugiej jednak strony, każda porażka jest dużą lekcją życia. Człowiek od razu marzy o tym, aby się zemścić, odkuć i ponownie spróbować. Jeżeli uda się to zrobić, to wtedy zwycięstwo smakuje podwójnie.

Haruki Murakami napisał kiedyś ciekawą książkę o bieganiu, "O czym mówię, kiedy mówię bieganiu" - czytał ją Pan może?

Wstyd się przyznać, ale choć Haruki Murakami jest jednym z moich ulubionych pisarzy, jego książki o bieganiu jeszcze nie przeczytałem. Obiecuję, że wkrótce postaram się to nadrobić.

O czym Pan myśli podczas biegania? Maraton to kilka godzin wysiłku.

Na początku biegałem z muzyką. Nie wyobrażałem sobie, jak można biegać bez niej. Z czasem przekonałem się, jak bardzo się myliłem. Trening to idealna odskocznia od rzeczywistości. Z drugiej strony, nie jest to jednak odskocznia od problemów. Bardziej czas, w którym można się nad nimi pochylić i znaleźć jakieś rozwiązanie. Spróbować jakoś to sobie wszystko poukładać w głowie. Nieraz było tak, że na trening wychodziłem z nosem zwieszonym na kwintę. Wracałem pełen energii i zapału, pomimo że ledwo się poruszałem. Sport nadaje się idealnie do odreagowania po stresującym dniu. Oczywiście w trakcie biegu nie myślę jedynie o problemach. Ostatnio na treningu minąłem tablicę reklamującą sporą kumulację w Lotto. Kolejne kilometry spędziłem odpowiadając sobie na pytanie: „Na co bym wydał taką kasę?”. Szóstki niestety nie udało mi się trafić.

Jak przygotowuję się Pan do startów?

Staram się biegać 4 razy w tygodniu: we wtorki i czwartki po 10 km, w soboty 15 km, a w niedzielę 20-25 km. Ważne jest to, aby zbudować bazę, z której później można skorzystać w trakcie całego sezonu biegowego. Istotna jest systematyczność treningów. Po dłuższej przerwie bardzo ciężko jest wrócić do formy. Kilka dni przed startem zmniejszam intensywność treningów. Wtedy już niczego się nie poprawi, co najwyżej można sobie zaszkodzić. Staram się wtedy odpowiednio nawodnić i ustalam taktykę biegu.

Czy namówił Pan kogoś do biegania i treningów?

Nie staram się nikogo nakłaniać do biegania. Bardziej opisuję to, co można zyskać dzięki takiej formie aktywności. Mówię o tym, co zmieniło się w moim życiu. Jak się teraz czuję i dlaczego już nie świszczę wchodząc szybszym krokiem na 3 piętro. Znajomi, dostrzegając plusy biegania. sami chwytają za buty i idą na trening. Ważne jest to, aby była to ich decyzja. Wydaje mi się, że nie ma sensu nikogo do niczego namawiać.

Czy łatwo było zebrać środki na start w Tokio?

Miałem to szczęście, że na swojej drodze do Tokio poznałem wielu fantastycznych ludzi, którzy postanowili mnie wesprzeć. Nie ukrywam, zbiórka środków finansowych wymagała z mojej strony sporego zaangażowania. Po tym jak zostałem wylosowany na maraton do Tokio, postanowiłem zrobić wszystko co w mojej mocy, aby się tam pojawić. Od dłuższego czasu myślałem o tym, aby założyć blog biegowy. Wreszcie pojawił się pretekst, aby to uczynić. Stworzyłem stronę "Droga do Tokio" i dzięki niej udało mi się znaleźć potrzebne środki finansowe. Wszyscy, którzy mi pomogli, zostali przeze mnie uwiecznieni na specjalnej stronie. Oprócz tego, stworzyłem profil na Facebooku, na którym na bieżąco zdaję relacje ze swoich startów.

Jak się Panu podobało w Japonii i co Pan powie o samym maratonie?

To był wyjazd życia! Japonią interesowałem się od dziecka. Zaczęło się dosyć niewinnie, bo od wielogodzinnego bloku z japońską animacją na kanale Polonia 1. Jestem pokoleniem kapitana Tsubasy, który był idolem każdego młodego napastnika na boisku. Później pojawiły się animacje studia Ghibli, książki i filmy „made in Japan”. Odkąd pamiętam, Japonia od zawsze była gdzieś obok mnie. Nie mogłem się jej jednak odwdzięczyć, odwiedzając ją, gdyż koszt takiej podróży przekraczał moje możliwości finansowe. Gdy udało mi się zabezpieczyć środki na wyjazd, zabrałem się za studiowanie przewodników. Po wylądowaniu w Tokio rozpocząłem tygodniową przygodę. Od rana do późnych godzin nocnych zwiedzałem najróżniejsze dzielnice japońskiej stolicy. Japonia to zupełnie inna kultura - tak szalenie inna od naszej. Zdziwiło mnie np. to, że prawie nigdzie nie ma koszy na śmieci, a na ulicy jest czysto, wręcz sterylnie. Druga sprawa: japońska uprzejmość. Japończycy pomogą Ci znaleźć właściwą drogę, nawet gdy śpieszą się na porodówkę w oczekiwaniu na potomka.

Maraton w Tokio to chyba najbardziej intensywne, biegowe przeżycie w moim życiu. 36 tys. ludzi, którzy przemierzają jedno z najciekawszych miast na świecie. Bieg przez dzielnice takie jak Shinjuku czy Asakusa był dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Trzy lata temu zaczynałem biegać w pobliskim parku, a teraz? Japonia? Cholera jasna – jestem w Tokio! Nadal nie mogę uwierzyć w to, co mnie spotkało. Metę przekroczyłem z czasem 3:39:11. O 10 minut poprawiłem swoją "życiówkę".

[Gorąco zachęcam do przeczytania relacji z maratonu, jak i pobytu pana Marka w Japonii. Teksty można znaleźć pod tym adresem].

Czy po realizacji tego marzenia stawia Pan sobie kolejny cel?

Oczywiście! Moim ogromnym marzeniem jest przebiec wszystkie maratony zaliczane do World Marathon Majors. W 2013 r. udało mi się pobiec w Berlinie, w tym roku byłem w Tokio.  Zostały jeszcze biegi w Nowym Jorku, Chicago, Bostonie i Londynie. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się w nich wystartować. Z takich bardziej przyziemnych - chcę złamać 3:30 h w maratonie. Liczę na to, że uda się to zrobić w trakcie tegorocznego maratonu w Krakowie. Wyjazd do Tokio nauczył mnie m.in. tego, że tak naprawdę wszystko jest możliwe. Nigdy bym nie przypuszczał, że przebiegnę maraton. O "życiówce" przywiezionej z Japonii nawet nie wspomnę.

Więcej o panu Marku można przeczytać pod tym adresem.

 

ŹRÓDŁA

Droga do Tokio

SYLWETKA AUTORA

TAGI:

sport  

NASZE ARTYKUŁY

Tamago – jajko w Japonii

NAJPOPULARNIEJSZE ARTYKUŁY

Komu macha maneki-neko?

Kitsune - japońskie lisy

PATRONUJEMY

PARTNERZY

Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy