Cała Japonia w jednym miejscu!
Najświeższe wiadomości, artykuły i ciekawostki

ISSN 2450-3193

Muzyka „WHAT'S HIS NAME?!” – MIYAVI!

13.11.2015 | 15:13
Autor: Laura Guździoł

Tegoroczna trasa koncertowa MIYAVIego „We are the others” objęła również Polskę. Było wesoło, gorąco i pozostawiło niezapomniane wrażenia.

Koncert japońskiego, znanego niemal na całym świecie artysty (zwłaszcza po wystąpieniu w filmie Angeliny Jolie pt. „Niezłomny”) MIYAVIego odbył się 11 października w warszawskim klubie Stodoła. Był to dzień jak każdy inny, lecz dla części fanów okazał się pierwszym spotkaniem w Polsce z ich idolem, dla innych z kolei już trzecim. Poprzednie miały miejsce w 2011 roku w Gdańsku i w 2014 roku w Krakowie. O tym ostatnim możecie przeczytać w naszej relacji

Zaczęło się od kolejki. Jak to często bywa przed koncertami, fani ustawili się przed wejściem do klubu już na kilka godzin przed rozpoczęciem. Najbardziej wytrwałe osoby czekały tam już od samego rana. Aby szybciej znaleźć się w środku i mieć możliwość zajęcia dobrego miejsca pod sceną, również pojawiłam się nieco wcześniej, około godziny 15:00. Pogoda nie do końca nam sprzyjała, gdyż było bardzo zimno.

Kolejka przed klubem, Wiele osób, zapewne doświadczonych, przyniosło ze sobą koce, ciepłe napoje czy nawet folie termiczne. 

Gdy czekaliśmy w kolejce, Street Team MIYAVIego sprzedawał bannery z napisem „We are the others” oraz fluorescencyjne pałeczki. W tym czasie można było również podpisać się na fladze, którą później sprezentowano MIYAVIemu.


Do Stodoły zaczęto wpuszczać o godzinie 18:00, czyli zgodnie z planem. Na szczęście nikt się nie przepychał i nie robił problemów. Wszystko przebiegło sprawnie i spokojnie. Część osób ulokowała się od razu pod sceną, a pozostali kupowali płyty, koszulki i inne koncertowe gadżety.

O 19:00 rozpoczął się występ supportu. Zespół Black Radio spisał się bardzo dobrze, przyjemnie się go słuchało, i myślę, że był dobrym wstępem przed najważniejszym punktem programu. Po zakończeniu występu fani z niecierpliwością zaczęli wyczekiwać pojawienia się MIYAVIego.

Gdy tylko przed naszymi oczami stanęła gwiazda wieczoru, salę opanował wrzask i euforia. Uśmiechnięty MIYAVI w czarnej skórzanej motocyklowej kurtce rozpoczął koncert pokazem umiejętności posługiwania się gitarą elektryczną. Pierwszą piosenką, którą zagrał, było „Cruel”. Co prawda, jej tekst ma pesymistyczny wydźwięk, lecz na rozpoczęcie była idealna, z początku stosunkowo wolna melodia przemieniła się w pełną energii i mocy.

Na długo przed koncertem spotkałam się z opiniami, że MIYAVI śpiewać nie potrafi, że dużo fałszuje. Wiadomo, że nagrania studyjne bywają tak poprawiane, że nie sposób rozpoznać prawdziwy głos wokalisty. Z taką myślą starałam się wsłuchiwać w wykonywane przez MIYAVIego utwory. Może rzeczywiście jego śpiew nie jest perfekcyjny, lecz z pewnością nie można powiedzieć, że śpiewać nie umie. Co prawda, problem z nagłośnieniem, a mianowicie zbyt cichy wokal w stosunku do gitary, mógł zaburzyć odbiór, ale za to jeszcze bardziej podkreślił to, w czym MIYAVI jest najlepszy. Gra na gitarze to jego żywioł i największy talent. „Gitara to jak przedłużenie ręki MIYAVIego” – tak wspomina jedna z uczestniczek, z którą rozmawiałam po koncercie. Widząc jego grę, nie można się nie zachwycić. Szybkość i płynność ruchu palców, wyczucie rytmu, unikalność, poczucie więzi z instrumentem – wszystko to znajduje się w tej jednej osobie.

Gdy przyszła kolej na „What's my name?”, wtedy poznałam dopiero, jaką moc posiada MIYAVI. Potrafi porwać tłum. Przyciąga fanów niczym magnes. Praktycznie cała sala wykrzykiwała jego imię, gdy z ust artysty wydobywały się słowa „What's my name?”. Następnym utworem był „Come Alive”, który miał bardzo pozytywne brzmienie.

Piosenką, która chyba najmocniej zapadła mi w pamięć, był utwór „Secret”. Ten dość specyficzny kawałek bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. O ile wersja studyjna nie urzekła mnie zbytnio, o tyle koncertowa była wręcz niesamowita. Przy tej piosence było naprawdę widać, jak mocno MIYAVI kocha grę na gitarze. Pokazał, że umie bawić się instrumentem, wykazując jednocześnie pełen profesjonalizm. Cytując słowa uczestniczki koncertu, „Secret” to najbardziej zmysłowy utwór, jaki MIYAVI kiedykolwiek wykonywał”. I widać było, że fanom rzeczywiście się to podobało.

MIYAVI w swoim repertuarze ma pewną piosenkę, którą kojarzy z naszym krajem, a mianowicie „Selfish Love”. Zanim zaczął ją grać, powiedział kilka ciepłych słów o polskich fanach i wspomnieniach związanych z koncertami w Polsce. Tekst „Selfish Love” jest w całości po japońsku, lecz to nie powstrzymało polskiej publiczności przed zaśpiewaniem go wraz z MIYAVIm.

Tak właściwie to chyba nie było piosenki, której fani nie śpiewaliby z wokalistą. Nawet nie znając większości tekstów, również próbowałam wtórować MIYAVIemu, gdyż jego muzyka działała hipnotyzująco. Jedną z najbardziej energicznych i porywających był „Horizon”, przy którym chciało się skakać i krzyczeć.

Warte wspomnienia są również utwory: „Cry Like This” – utrzymany w lekko wolniejszym tempie – oraz właściwie najważniejsza piosenka tegorocznej trasy – „The Others”. Podczas niej fani unieśli w górę bannery z napisem „We are the others”. Ciekawa inicjatywa, MIYAVI ucieszył się bardzo na ich widok, a wręcz był zaskoczony. Przesłanie tego utworu jest bardzo ważne dla samego muzyka, który pragnie szerzyć świadomość tego, że wszyscy jesteśmy inni, różni, a zarazem jesteśmy jednością. Tym, co nas łączy, jest na pewno muzyka.

Bardzo miłym akcentem podczas warszawskiego koncertu były słowa MIYAVIego, które wypowiedział w naszym ojczystym języku. Postarał się specjalnie dla nas. Pokazał, że zależy mu na fanach, a to najważniejsze. W dodatku opowiedział nam o swoich przeżyciach w Warszawie i zwiedzaniu Starego Miasta. Myślę, że takie pozornie nieistotne rzeczy wpływają właśnie na to, jak artysta jest postrzegany. Traktując dobrze fanów, jak znajomych, którym ma ochotę opowiedzieć swoje historie, przyciąga ich jeszcze mocniej.

Tak jak MIYAVI starał się zrobić coś miłego specjalnie dla polskich fanów, tak i oni chcieli odwdzięczyć się sympatycznymi akcentami. Za największy pokaz siły i uwielbienia fanów wobec MIYAVIego prawdopodobnie można uznać moment, w którym ludzie zaczęli rytmicznie tupać tak, że klub niemal drżał w posadach. Niesamowite, że mieliśmy tyle energii.

Warto również wspomnieć o perkusiście grającym z MIYAVIm, o BOBO. Ta dwójka idealnie ze sobą współgra. Minimalistyczny styl BOBO pasuje do obecnego stylu MIYAVIego. Muzyk nazywa go „my man, BOBO", a fani także go bardzo doceniają. Skandowali jego imię tak samo głośno jak gitarzysty.

Perkusista BOBO

Niestety koncert minął zbyt szybko. Na końcu mogliśmy jeszcze wysłuchać trzech utworów na bis. Pierwszy z nich, z którym styczność miała zapewne większość, był motywem przewodnim filmu „Mission Impossible”. Utwór ten w wykonaniu MIYAVIego brzmiał jeszcze lepiej. Następny „Futuristic Love” także nawoływał do „stania się jednym”. Ostatni „Day 1” pokazał, że trzeba mieć nadzieję na lepsze jutro, pomimo tego, jak źle dzieje się na świecie. Takim na swój sposób optymistycznym akcentem koncert dobiegł końca. Był to dla mnie niemały szok. Nie spodziewałam się, że to wszystko tak prędko minie. Publika chciała więcej, ale po trzech piosenkach na bis nie mogliśmy wymagać kolejnych. Gdy MIYAVI nas opóścił, część fanów, w których jeszcze tliła się iskierka nadziei, pozostała pod sceną. Ku naszemu lekkiemu rozczarowaniu nic więcej się nie wydarzło.

Koncert uważam za jeden z najlepszych, jakie miałam okazję widzieć i z czystym sumieniem mogę polecić występy MIYAVIego każdemu, kto lubi posłuchać dobrego rocka.

_________________________

Fot. Beata Pytlarz

Setlista:
Cruel, What’s My Name?, Come Alive, Secret, Selfish Love, What a Wonderful World, Calling, Cry Like This, Survive. Let Go, The Others, Horizon
Encore: Mission Impossible Theme, Futuristic Love, Day 1

SYLWETKA AUTORA

TAGI:

wydarzenia   koncert  

NASZE ARTYKUŁY

Serce Kiusiu – Fukuoka

NAJPOPULARNIEJSZE ARTYKUŁY

Kitsune - japońskie lisy

Komu macha maneki-neko?

PARTNERZY

Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy