Cała Japonia w jednym miejscu!
Najświeższe wiadomości, artykuły i ciekawostki

ISSN 2450-3193

Film ZŁAPAĆ DRUGI ODDECH. RECENZJA FILMU „PO BURZY”

Plakat filmu; źródło: match/cut

13.02.2017 | 19:29
Autor: Piotr Sarota

Hirokazu Koreeda zdobył sławę jako twórca filmowych portretów rodzinnych. W „Po burzy” ponownie sięga do typowych dla siebie motywów, prezentując je przez pryzmat mężczyzny dorastającego do ojcostwa.

Ci, którzy znają – choćby pobieżnie – twórczość Koreedy, szybko odnajdą w Po burzy (Umi yori mo mada fukaku, 2016) znajome wątki: rodzicielskiej odpowiedzialności, oczekiwań względem dzieci, wpływu rozpadu związku na losy obydwu jego stron czy dziedziczenia po zmarłych rodzicach, prezentowanych na tle kilku dni wyjętych z życia jednej rodziny. Reżyser jednak ponownie – swoim zwyczajem – nieco inaczej kładzie akcenty niż w poprzednich filmach. Tym razem mamy wyraźnego, jednostkowego protagonistę, będącego osią wydarzeń. Ryota wydaje się wręcz podręcznikowym przykładem filmowego wyrodnego ojca: dobrze zapowiadający się literat, który po bardzo udanym debiucie popadł w pisarską blokadę, oszukując wszystkich (włącznie z samym sobą), że wciąż pracuje nad nową powieścią. Zamiast tego dorabia jako prywatny detektyw („to tylko na potrzeby książki”), wyciągając pieniądze od śledzonych małżonków, grając na dwa fronty i ustawicznie przegrywając zarobione pieniądze na zakładach, podczas gdy rachunki za mieszkanie i alimenty stale rosną. Jego szef i siostra wciąż mu pomagają, nie licząc na rychłą zmianę; małżeństwo Ryoty rozpadło się – jego eksżona weszła w nowy związek i grozi mu odebraniem dostępu do syna, a na to wszystko nakłada się jeszcze trudna relacja mężczyzny ze zmarłym niedawno ojcem, którą – mimo swej niechęci – w paradoksalny sposób powtarza w odniesieniu do własnego dziecka.

Kadr z filmu;  źródło: scmp.com

W innym filmie bohater z pewnością byłby przedstawiony jako postać cokolwiek odrażająca, jednak u Koreedy Ryota – nawet jeśli chwilami w swych staraniach prezentuje się nieco żałośnie – wciąż ukazywany jest ze sporą sympatią. Reżyser bowiem wskazuje, iż wątpliwe postępki bohatera wynikają nie tyle z nikczemności, co z trudnej do pokonania bezsilności. W pewnym momencie jego matka, Yoshiko, zastanawia się, czemu mężczyźni nie potrafią żyć teraźniejszością i jest to doskonałe podsumowanie egzystencji niespełnionego literata. Ręce wyciąga Ryota ku przyszłości, żyjąc snem o kolejnej powieści, która mimo upływu piętnastu lat wciąż nie powstała, ale sama jej idea wystarcza, by odrzucać mniej prestiżowe, lecz niewątpliwie intratne oferty oraz wciąż pracować w agencji detektywistycznej „przy zbieraniu materiałów”. Nogami z kolei bohater nadal tkwi w przeszłości, nie godząc się z myślą, że jego małżeństwo się rozpadło, starając się spełniać rolę męża i ojca, nie zauważając, że jest na to już za późno. Ba – owo rozdarcie widać nawet w sposobie chodu i sylwetce Ryoty: z jednej strony bardzo wysokiego, a z drugiej cały czas lekko zgarbionego, pochylonego, nie mogącego stanąć całkiem prosto, zupełnie jakby wzrost stanowił problem, który należy ukryć lub jakby coś stale przygniatało mu barki.

Tę jego bezsilność czy też bezczasowe dryfowanie najlepiej widać w zestawieniu z resztą członków rodziny. Matka, mimo niewątpliwie wielkiej miłości do syna, zaakceptowała zarówno fakt jego życiowej „niezgrabności”, jak i to, że nigdy nie spełnią się jej marzenia o wspólnym domu, gdzie mogłaby mieszkać razem z rodziną. Zarazem, gdy Ryota przyjeżdża do domu po śmierci ojca, kobieta dość beztrosko stwierdza, iż wszystkie rzeczy męża zwyczajnie wyrzuciła: pięćdziesiąt lat wspólnego życia to wszak wystarczająco dużo czasu. Podobna sytuacja ma miejsce z jego byłą żoną Kyoko: młodą, wciąż atrakcyjną i wchodzącą w nowy obiecujący związek. Wymuszone pogodą przebywanie z Ryotą traktuje jak dopust boży, trzeźwo oceniając jego zachowanie jako spóźnione – rolę ojca i męża próbuje spełniać dopiero w chwili, kiedy owa możliwość wymyka mu się z rąk. Jednak Koreeda pokazuje również to, że nawet przechodząc do porządku dziennego nad przeszłością, nie da się jej wymazać: jak na obrazie olejnym, nałożenie nowej warstwy nie eliminuje starej – ona wciąż tam jest. W rezultacie Yoshio zatrzyma koszulę po mężu, a Kyoko wciąż zaglądać będzie do powieści Ryoty. Wreszcie sam mężczyzna, który uciekając od tego, jak wyglądała jego relacja z ojcem (i kim był sam ojciec), jednocześnie mimowolnie to powtarza – zarówno na poziomie zachowań (ciągłego łgarstwa, wizyt w lombardzie i kombinowania), jak i relacji z synem. Jaskrawym tego przykładem jest odtworzenie wizyty w „ośmiornicy” (dużej zjeżdżalni położonej na pobliskim placu zabaw) w czasie tajfunu, stanowiącej potwierdzenie tej rodzinnej relacji. Mimo to Koreeda zdaje się mówić, że sytuacja nie musi się powtórzyć, a młody Shindo nie musi iść szlakiem Ryoty: chłopak bowiem zdaje sobie sprawę z tego, jak nieporadny życiowo jest jego ojciec... i akceptuje to. Co więcej, ten „męski” wypad nawiedza Kyoko, przekształcając go w rodzaj rodzinnego zjednoczenia – ale nie melodramatycznego, ponownego zejścia się rodziny; raczej spokojnego, uczciwego postawienia sprawy: pewne rzeczy się skończyły i nie można do nich wrócić, tak jak pewnych rzeczy nie można zakończyć. Należy się z tym pogodzić i pracować z tym, co się ma w danej chwili.

Kadr z filmu;  źródło: theplaylist.net

Taki przekaz może wydawać się nieco naiwny, ale dobrze pasuje do stylu Koreedy: spokojnego, wyważonego, pełnego statycznych kadrów, żywych kolorów i – w przypadku Po burzy – osiedli wypełnionych niewielkimi mieszkankami. Japończyk kreśli obraz swojego kraju przepuszczony przez filtr lekkiego sentymentalizmu: problemy samotności osób starszych, niewielkich perspektyw na rozwój czy problemów finansowych prezentowane są w sposób nieco odrealniony i humorystyczny – nawet dwuznaczne zachowania Ryoty mają raczej posmak działań prostaczka-pechowca niż notorycznego krętacza. Pomaga w tym zresztą kreacja aktorska Hiroshiego Abe: z wiecznie niedogoloną twarzą, roztargnionym spojrzeniem i wyrazem twarzy dziecka wciąż zaskakiwanego przez rzeczywistość. Szczególnie widać to w scenach z matką: grająca ją Kirin Kiki doskonale potrafi przeskoczyć od ciepłego, rodzicielskiego tonu do figury nestorki oferującej życiowe porady lub złośliwej staruszki od niechcenia besztającej swojego syna (ale bez cienia złości). Świat Koreedy to świat spokoju i powolnej ewolucji: bez wybuchów agresji, nagłych katastrof, erupcji zła czy przemocy – problem przeminie jak ciężkie powietrze po burzy, pozostawiając możliwość zaczerpnięcia oddechu i odkrycia nowej drogi.

Trailer filmu;  źródło: youtube.com/FujiTV

W pewnym momencie bohater filmu, w niezwykle pięknym, komplementarnym zabiegu fabularnym, otrzymuje wreszcie możliwość skoncentrowania się na teraźniejszości: kupony na loterię – uosabiające kupowanie snu o przyszłości – oddaje Shindo, niczym pałeczkę w sztafecie; symboliczne oddanie marzeń w nadziei na lepsze ich wykorzystanie. Z kolei w lombardzie zastawia kamień pisarski swojego ojca, kaligrafa – wiążący go zarówno z rodzicem, od którego chciał uciec, jak i pisarską karierą, którą ponownie chciał uchwycić. Koreeda nie daje odpowiedzi, czy i jak Ryota wykorzysta ten moment, czy przyniesie on trwałą zmianę, czy też detektyw powróci do swych szemranych aktywności – liczy się sam fakt przemiany w czasie, uosabiany słonecznym dniem po tajfunie. Ostatecznie, to wcale nie łatwe – żyć teraźniejszością...

SYLWETKA AUTORA

TAGI:

film   rodzina  

NASZE ARTYKUŁY

Kompaktowa Japonia

NAJPOPULARNIEJSZE ARTYKUŁY

Komu macha maneki-neko?

Kitsune - japońskie lisy

PATRONUJEMY

PARTNERZY

Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy