Cała Japonia w jednym miejscu!
Najświeższe wiadomości, artykuły i ciekawostki

ISSN 2450-3193

Film PRZEKRACZAJĄC GRANICĘ. RECENZJA „WĘŻA CZERWCOWEGO”

Plakat filmu; źródło: imdb.com

26.04.2017 | 18:37
Autor: Piotr Sarota

Wielbiciele kina Shini Tsukamoto mają powody do zadowolenia: po dylogii „Tetsuo” oraz „Bullet Ballet” What Else Films wypuściło na polski rynek kolejny film reżysera – „Węża czerwcowego”.

Shinya Tsukamoto wspominał (m.in. w wywiadzie zamieszczonym w ramach zawartości dodatkowej na płycie z Wężem czerwcowym), że swego czasu chciał nakręcić thriller erotyczny w amerykańskim stylu, ale po drodze przybyło mu lat, doświadczenia i odmiennej perspektywy, więc plan nie do końca się udał. W trakcie oglądania opisywanego filmu można dojść do wniosku, że niewątpliwie coś jest jednak na rzeczy. Punkt wyjściowy faktycznie stanowi powielenie schematów gatunkowych. Rinko to młoda, nieśmiała kobieta, pracująca w centrum pomocy psychologicznej, w której rośnie jednak seksualna frustracja, niemożliwa do zaspokojenia przez męża: pracoholika, pedanta i maniaka czystości. Pewnego dnia Rinko odbiera paczkę zawierającą zdjęcia jej samej, zrobione w chwili samotnych uniesień. Zszokowana, wkrótce odbiera kolejne paczki, aż wreszcie jedna z nich zawiera telefon: znajdujący się po drugiej stronie słuchawki fotograf stalker proponuje jej „pomoc” w sięgnięciu po to, czego naprawdę pragnie, a czego nie może dostać w swoim związku...


Kadr z filmu;  źródło: asianwiki.com

Pozornie mamy więc do czynienia z typowym trójkątem miłosnym. Jeśli jednak przyjrzeć się filmowi Tsukamoto, dostrzeżemy bardzo indywidualne podejście zarówno do schematów gatunkowych thrillera erotycznego, jak i do jego estetyki. Nie znajdziemy więc w Wężu czerwcowym eksplicytnie ukazanego seksu, ba – pomijając dwie kluczowe sceny, nawet nagości jest w nim niewiele. Nie oznacza to wcale, że brak w nim aury erotyzmu – reżyser tworzy ją jednak za pośrednictwem wymownych niekiedy symboli. Rinko, w czasie swojego pierwszego „marszu emancypacji”, zmuszona jest przez stalkera do założenia minispódniczki, użycia wibratora, a następnie zakupu banana, ogórka i bakłażana, co wydaje się wyborem wymownym ze względu na ich kształt. Nie bez przyczyny również dwoma przedmiotami esencjonalnymi dla kluczowych scen jest rewolwer (a więc bardzo wyraźny symbol falliczny) oraz aparat fotograficzny – do tego stopnia, iż sesja zdjęciowa w wyraźny sposób skorelowana jest z aktem seksualnym, z błyskiem migawki będącym ekwiwalentem ruchów frykcyjnych. Jest wreszcie sekwencja wspomnianego „marszu” Rinko, kiedy fotograf szantażem zmusza ją do przełamania granic komfortu psychicznego, starając się dać jej „to, czego naprawdę pragnie”, a przy okazji obnażając ją i pozostawiając niemalże bezbronną. Przyznam, że ten segment – pokazujący niemal całkowitą, symboliczną władzę mężczyzny nad kobietą – oglądało mi się niesamowicie trudno i osoby bardziej wrażliwe powinny się na to przygotować.


Kadr z filmu;  źródło: easternkicks.com

Niemniej nie jest to jedyny czynnik wyróżniający Węża czerwcowego na tle gatunku. Kolejnym (być może nawet najważniejszym) jest przesunięcie w obrębie symbolicznego znaczenia aktu transgresji. O ile w przeciętnym thrillerze takie przekroczenie granicy (pogwałcenie porządku rodzinnego na rzecz seksualnego spełnienia) najczęściej niesie ze sobą destrukcję i powolny rozpad, u Tsukamoto jest wręcz przeciwnie – transgresja prowadzi do nowego, pełniejszego ładu. Z jednej strony dochodzi do integracji dwóch oblicz Rinko (skromnej żony oraz pewnej siebie i swej seksualności uwodzicielki), z drugiej zaś przełamana zostaje obsesja czystości męża (odnosząca się zresztą również do ludzkiego ciała, jego fizjologii związanej z seksem czy też śmiercią). Dopiero przekroczenie granicy tabu związanego z ciałem pozwala dostrzec drugiego człowieka w całości. Jest to zresztą dosyć wymowne w kontekście filmu, który wielokrotnie zwraca uwagę na kwestię spojrzenia, zazwyczaj skierowanego w stronę Rinko. Jest więc spojrzenie męża – mężczyzny, który nie dostrzega jednak w Rinko kobiety, a jedynie funkcję, dobrą panią domu. Jest spojrzenie tłumu: oceniające, karcące, niekiedy pełne pożądania, niekiedy znów wyrażające niewypowiedzianą pogardę. Jest spojrzenie mężczyzny: obejmujące, zawłaszczające, zakorzenione w poczuciu posiadania, lecz zagrożone przez możliwość ingerencji w wyśniony obraz. Jest i wreszcie spojrzenie fotografa – zapośredniczone w wizjerze aparatu i w gruncie rzeczy paradoksalne, które zamiast fragmentaryzować obraz Rinko, rozbijać go na szereg kadrów, powoli go syntetyzuje i składa w całość z szeregu negatywów. Do tego stopnia, że w pewnym momencie mąż, żądając owych negatywów, krzyczy, iż „chce zobaczyć Rinko w całości”. Nie będzie więc zaskoczeniem, że w gąszczu tych perspektyw jednocześnie zabraknie aktu prawdziwej komunikacji, opartej na werbalizacji stanów emocjonalnych i pragnień, zastąpionych jedynie przez niepewną percepcję bodźców wzrokowych.

Całość Tsukamoto ubiera w dość zaskakującą, niebieską tonację – po chropawym, czarno-szarym, zdehumanizowanym Tetsuo oraz ciemnym, skąpanym w odcieniach czerni Bullet Ballet stanowi ona jednak interesujące dopełnienie jego estetyki. Idealnie komponuje się z nieustającym potokiem deszczu, jaki zalewa miasto bohaterów, symboliką samej wody (kojarzonej jako kobiecy żywioł, związany zresztą z seksualnością) oraz jej funkcją oczyszczającą. Z Tetsuo zdaje się łączyć Węża czerwcowego również styl pracy kamery: ujęcia kręcone są z ręki, nie brak długich jazd, zaskakujących perspektyw i kątów widzenia, olbrzymich zbliżeń czy też niemalże frenetycznych ruchów kamery w wyjątkowo intensywnych momentach (tutaj jednak skojarzonych nie z przemocą, ale z rozkoszą i orgazmem).


Trailer filmu;  źródło: youtube.com/thirdwindowfilms

Wąż czerwcowy to kameralny thriller erotyczny a rebour: nie epatuje seksem i nagością, odmiennie waloryzuje znaczenie transgresji w życiu małżeństwa, pozostając przy tym filmem skromnym i chwilami mocno wystylizowanym. Nie zmienia to jednak faktu, że miejscami atmosfera seksualnego napięcia jest wyjątkowo mocna, wzmocniona dodatkowo silnym (jak to bywa w japońskiej kinematografii) związkiem miłości i pożądania ze śmiercią... Niewątpliwie jest to film interesujący, niemniej są w nim sceny, przez które niektórym trudno będzie przebrnąć – jednak ci, którym ową granicę uda się przekroczyć, powinni czuć się usatysfakcjonowani.

SYLWETKA AUTORA

TAGI:

film  

NASZE ARTYKUŁY

NAJPOPULARNIEJSZE ARTYKUŁY

Komu macha maneki-neko?

Kitsune - japońskie lisy

PATRONUJEMY

PARTNERZY

Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy