Cała Japonia w jednym miejscu!
Najświeższe wiadomości, artykuły i ciekawostki

ISSN 2450-3193

Film A PIEKŁO SZŁO ZA NIM. RECENZJA FILMU „SHIN GOJIRA”

Plakat filmu; źródło: IMDB

01.06.2017 | 17:53
Autor: Piotr Sarota

Godzilla jest obecnie jedną z najdłuższych serii filmowych w historii kina, jednak – jak pokazuje Shin Gojira – wciąż można w niej opowiedzieć coś nowego.

Kiedy Toho w 1954 roku wykładało na stół pieniądze na stworzenie Godzilli, a na stołku reżyserskim umieszczano Ishiro Hondę, raczej nie przypuszczano, iż po pół wieku będą mieli na koncie niemal trzydzieści filmów, a po sześciu dekadach swoją wersję będą produkowali zarówno Amerykanie, jak i Japończycy. Powstała w 2014 roku Godzilla Garetha Edwardsa nie była może filmem doskonałym, niemniej jego zadowalające wyniki finansowe pokazały, że ludzie wciąż chcą oglądać na ekranie Króla Potworów. Inna rzecz, że w przypadku amerykańskiej produkcji oczekiwania nie były przesadnie wysokie, czego nie da się powiedzieć o wersji japońskiej: ostatecznie marka wracała w ręce swoich „ojców”, którzy najlepiej powinni wiedzieć, jak zrobić dobry monster movie.

Neon Gojira Evangelion 

Zadanie wprowadzenia Godzilli w nową dekadę przypadło w udziale duetowi Hideaki Anno (Neon Genesis Evangelion) & Shinji Higuchi (Attack of the Titans) i przyznać trzeba, że było to nie lada wyzwanie. Filmowi Edwardsa można było zarzucić wiele, ale nie to, iż ujmował Królowi splendoru: jego Godzilla był absolutnym alfą, ostatecznym ogniwem łańcucha pokarmowego oraz kawałem wielkiego, twardego drania, który dosłownie i w przenośni górował nad wszystkim, uosabiając potęgę natury. Duet reżyserów niewątpliwie musiał wziąć to pod uwagę, podobnie jak całą historię serii, jej legendę oraz kultowy status niektórych części wśród fanów. Uczynił więc jedyną rozsądną w tym momencie rzecz: uszczknął trochę z tego, pożyczył trochę z tamtego, a resztę zwinął w kulkę i posłał do kosza.

Kadr z filmu;  źródło: imdb.com

Jeśli jest w tym stwierdzeniu przesada, to jest jej niewiele – dawno już bowiem nie widziałem interpretacji, która zrywałaby tak bezpardonowo z kanonem, a jednocześnie pozostawała w duchu oryginalnej Godzilli tak głęboko. Przyznam, że trochę się obawiałem tego filmu: współczesny przemysł filmowy zdaje się być pod przemożnym wpływem nostalgii, co zaczęło przypominać istną zarazę. Filmy pokroju Jurassic World (2015, Colin Trevorrow), Pogromców duchów (2016, Paul Feig) czy Ghost in the Shell (2017, Rupert Sanders) sięgają do znanych franczyz, ale stają w rozkroku pomiędzy oczekiwaniami oddanych fanów a wymogiem stworzenia samodzielnego, autonomicznego dzieła filmowego. W rezultacie wypełnione są cytatami, nawiązaniami do poprzednich części serii, rekonfiguracjami znanych scen i tropów, zatracając się w niekończącym się procesie recyklingu i powtórzeń, co nikomu nie wychodzi na zdrowie. Na tym tle Shin Gojira jawi się jako swoisty ewenement. Po pierwsze – jako reboot – całkowicie ignoruje całą serię, włącznie z filmem Hondy, oferując nowy początek. Po drugie – zrywa z ustalonym wyglądem Króla Potworów – i nie mam tu na myśli uczynienia z Godzilli śmiercionośnego pokemona. Mimo kosmetycznych zmian, przez lata klasyczny, jaszczuropodobny kształt Króla Potworów pozostawał nienaruszony. Tymczasem przyglądając się Godzilli z filmu Anno można dojść do wniosku, iż określenie „monstrum” jeszcze nigdy nie było tak adekwatne: pozbawione wyrazu oczka, paszcza wyglądająca, jakby ktoś powsadzał tam zęby w sposób losowy, a do tego skóra, która przez swoją jarzącą się czerwień sprawia wrażenie spalonego mięsa, pełnego otwartych, ropiejących ran. Nawet promieniotwórczy wyziew przekształcił się w wiązkę skondensowanej energii – w podobny sposób, gdyby młotek zamienić na skalpel. Po trzecie wreszcie – od czasu filmu Hondy, Godzilla nigdy nie sprawiał wrażenia tak absolutnie obcego.

Umarł Król, niech żyje Król

Teza ta może wydać się nieco dziwna, biorąc pod uwagę, ile znanych tropów twórcy wykorzystują w swoim filmie (atomowy „napęd” Godzilli, możliwości regeneracyjne, potencjał mutagenny), ale ma dobre podstawy. W wersji Anno Król Potworów jest jak wredny wirus: wysoce adaptatywny, zmienny, odporny na broń wszelkiego kalibru, wymykający się ustalonym schematom ewolucyjnym, ukierunkowany na przeżycie, a przy okazji śmiercionośny, promieniotwórczy i przerażający w swoim dziele destrukcji, całkowicie pozbawionej racjonalnych podstaw. Jeśli Godzilla Edwardsa był Bogiem Natury, to u Anno jest on Bogiem Śmierci: gigantycznym, kroczącym widmem zagłady, którego same rozmiary – abstrahując już od radioaktywności – budzą dreszcz grozy. Doskonale zresztą widać to w sekwencji nocnego ataku w Tokio – jednej z najlepiej skomponowanych i najbardziej przejmujących w całym filmie, gdzie Jaszczur dosłownie zamienia miasto w morze ognia, stojąc pośród płomieni niczym widmo apokalipsy: nieporuszony i niepokonany. Sekwencja ta, skomponowana z niezwykłym wyczuciem barw i tempa, pełna patosu i porażająca intensywnością pokazuje sprawną rękę twórców do tworzenia zapadających w pamięć obrazów zniszczenia... z której w dużej mierze rezygnują na rzecz „gadających głów”.

Kadr z filmu;  źródło: imdb.com

Shin Gojira powiela do pewnego stopnia model, jaki zastosował Edwards, koncentrując się na przeżyciach ludzi skonfrontowanych z monstrualnym bytem, jest pod tym względem jednak bardziej konsekwentna. U Amerykanów ludzie i Godzilla zdawali się egzystować na dwóch równoległych płaszczyznach, które właściwie się nie stykały; u Anno zaś istotą opowieści jest punkt przecięcia się tych płaszczyzn oraz próby doprowadzenia ich do porządku. Jaszczur nie jest jedynie wielkim potworem, który po prostu nagle się pojawia; to atak obcego w tkankę rzeczywistości, wywracający ją na lewą stronę, burzący wszelki porządek. Wielu krytykowało film za trwające wieczność sekwencje narad, spotkań, konferencji prasowych, przetykanych niekończącymi się obrazami „gadających głów”. Jest w tym faktycznie pewna słabość filmu – jakaś nieufność w stosunku do obrazu, każąca opowiedzieć, nie pokazać – niemniej zabieg taki wydaje się mieć jasny cel: skonfrontowanie wspomnianego wcześniej „obcego” z murem zinstytucjonalizowanej biurokracji.

Nie masz uprawnień do tej informacji

Film Anno i Higuchiego można oglądać jako typowy monster movie, ale zdecydowanie traci się wtedy wiele z jego warstwy socjologicznej. Jeśli spojrzymy na tradycyjne filmy o wielkich potworach, dostrzeżemy, iż dzieją się one w światach poukładanych: bohaterowie mogą liczyć na hierarchię i łańcuch dowodzenia, politycy są zdecydowani, a plany działania powstają w locie. Tymczasem decydenci w Shin Gojira stanowią wręcz podręcznikowy przykład rozbuchanej biurokracji, zamkniętej w cyklu niekończącej się paplaniny. Anno i Higuchi celnie uchwycili ułudę władzy, spętanej regulaminami i dbałością o dobry PR, która nawet w sytuacji kryzysu, gdzie konieczne są natychmiastowe reakcje, bardziej martwi się o możliwość utraty twarzy, niż skutki katastrofy. Motyw ten nabiera dodatkowego smaczku, gdy wziąć pod uwagę kontekst polityczny. Tak jak Godzilla Hondy odwoływał się do zrzucenia bomb atomowych na Japonię, tak w filmie Anno i Higuchiego odnaleźć można wyraźne nawiązania do kwestii tsunami i trzęsienia ziemi z 2011 roku. Nie bez przyczyny zresztą pierwsze pojawienie się Godzilli zostaje pomylone z erupcją podwodnego wulkanu, a jednym z dylematów rządu jest zauważalny wzrost promieniowania. Bez trudu też odnaleźć można wizualne nawiązania do rzeczywistych katastrof: marsz drugiej formy Godzilli (zwanej potocznie Kamata-kun) w górę rzeki zawiera obraz dziesiątek łodzi i szczątków wyrzucanych na brzegi przez maszerującego potwora, zaś widok Rando (Hiroki Hasegawa) odmawiającego modlitwę na tle zrujnowanego miasta jest niczym żywcem wyjęty z serwisów informacyjnych.

Kadr z filmu;  źródło: imdb.com

Seria Toho przeżywała już flirt z polityką i postawami „patriotycznymi” – wystarczy wspomnieć Godzilla, Mothra i King Gidorah (2001, Shusuke Kaneko) znaną również jako GMK. Film ten dobrze wpisywał się w nastroje nacjonalistyczne z wyraźnym przesłaniem: aby pokonać monstrum, konieczny jest zarówno aspekt duchowy, tradycyjny, jak i nowoczesność, a bez sojuszu sił zbrojnych i ludności cywilnej wszystko spali na panewce. Shin Gojira idzie drogą nieco podobną, choć rezygnuje z publicystycznego zacięcia na rzecz formy bardziej satyrycznej: niekończące się narady skontrastowane są ze strumieniem wiadomości na portalach społecznościowych, działania napotykają na mur wyznaczany przez hierarchię i etykietę, zaś powtarzającym się motywem jest rozciągnięty łańcuch decyzyjny, paraliżujący wysiłki nie gorzej, niż niezdecydowanie i przesadna dbałość o PR. Nie bez kozery zresztą twórcy przeciwstawiają rozrośniętemu gabinetowi grupkę Rando, złożoną z nerdów, dziwaków i samotników. Słowem, jednostek mieszczących się poza ramami wyznaczanymi przez stosunki społeczne i hierarchię, zjednoczonych jednak przez wspólny cel: znaleźć słaby punkt Godzilli, wykorzystać go i skutecznie zażegnać niebezpieczeństwo. Warto przy okazji zwrócić uwagę na dość mocny wątek antyamerykański: decydenci USA przedstawieni są w filmie raczej w nieciekawym świetle, gotowi radzić sobie z każdym problemem za pomocą siły i trzymający rząd japoński „na smyczy”, dzięki czemu godzi się on nawet na potencjalnie barbarzyńskie rozwiązanie kwestii Godzilli. 

Musi pan zwołać konferencję prasową

Wszystko to sprawia, że dla niektórych Shin Gojira może być niestrawna i bynajmniej nie ma w tym nic dziwnego: ostatecznie nie każdy idąc na film o wielkim potworze, oczekiwał komentarza dotyczącego współczesnej polityki. Niemniej można być zaskoczonym tym, jak dużo dynamizmu udało się wycisnąć twórcom z tych statycznych przecież scen (abstrahując już od sekwencji jednoznacznie nastawionych na akcję). I nie tyle mówię tutaj o samej historii, co również o walorach technicznych: Shin Gojira jest niesamowicie zmontowana, kontrastując ujęcia gabinetowych dyskusji z fragmentami nagranymi „z ręki”, stosując liczne panoramy i cięcia na ruchu, świetnie wykorzystując przestrzeń (długie korytarze, pokoje o symetrycznym rozkładzie) oraz figurę ujęcie-przeciwujęcie, dzięki czemu całość ma wyraźny, doskonały rytm. Ów rytm dodatkowo jeszcze podkreśla znakomita muzyka, rewitalizująca popularne motywy, ale też wprowadzająca powiew świeżości – kontrapunktowy Who will know zastosowany w sekwencji nocnego ataku wydaje się pasować bardziej do NGE niż Godzilli. Tymczasem sprawia on, iż cała scena nabiera niezwykłego, podniosłego tonu, dobitnie pokazując, iż określenie Godzilli „ucieleśnieniem Boga” nie jest wcale przesadzone. Jeśli już miałbym się do czegoś przyczepić, to do poziomu aktorstwa, które nie do końca równa się z siłą oprawy audio-wizualnej, choć mam świadomość, iż wynika to po części ze sposobu aranżacji scen – ostatecznie trudno błyszczeć aktorsko w czasie ciągłych narad i spotkań. Z drugiej strony film może poszczycić się całkiem zacną obsadą: oprócz znanych choćby z Attack on Titans Hasegawy i Satomi Ishihary, mamy również starych wyjadaczy pokroju Juna Fukudy czy Shinyi Tsukamoto.

Trailer filmu; źródło: youtube/New Trailer Buzz

Klęska nie wchodzi w grę

Shin Gojira to niewątpliwie znakomity dodatek do serii Toho. Anno i Higuchi stworzyli film, który pod wieloma względami idzie pod prąd współczesnym trendom, łączy polityczny komentarz z doskonale zrealizowanym kinem katastroficznym, doprawiając to jeszcze dopracowaną warstwą techniczną. Nie jest to film bez wad: bywają momenty, gdy tempo wyraźnie spada, aktorstwo jest „jedynie” zadowalające, a polityczna satyra czasami pociągnięta jest zbyt grubą kreską. Nie zmienia to jednak faktu, iż mamy tu do czynienia z filmem odważnym, bardzo konsekwentnym, oferującym powiew świeżości tak dla gatunku, jak i serii Godzilli. Doskonałe wyniki finansowe tego obrazu nie były przypadkowe, choć szkoda, że nie było szans, by przekonała się o tym szeroka publiczność kinowa na świecie..

SYLWETKA AUTORA

TAGI:

film  

NASZE ARTYKUŁY

NAJPOPULARNIEJSZE ARTYKUŁY

Komu macha maneki-neko?

Kitsune - japońskie lisy

PATRONUJEMY

PARTNERZY

Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy