Cała Japonia w jednym miejscu!
Najświeższe wiadomości, artykuły i ciekawostki

ISSN 2450-3193

Muzyka DUET POLSKO-JAPOŃSKI: OKIEM POLAKA. PIOTR PIETRZAK

Piotr Pietrzak i Satoshi Inoue; źródło: archiwum prywatne Piotra Pietrzaka

01.11.2017 | 18:50
Autor: Martyna Wyleciał

Czy Polak i Japończyk mogą nagrać wspólnie płytę, jeśli mieszkają na przeciwnych krańcach globu i nie poznali się na żywo? Piotr Pietrzak udowadnia, że to możliwe.

Jeśli chodzi o muzykę, różnice kulturowe zdają się zanikać. Podobnie jak granice. Internet pozwala dziś osobom z tak oddalonych od siebie krajów jak Japonia, Polska czy Stany Zjednoczone nawiązać kontakt, poznać się lepiej i… nagrać wspólną płytę.

Tak było w przypadku Piotra Pietrzaka i Satoshiego Inoue z Echoscape. Duet, który stworzyli, stał się kombinacją ich umietętności kompozytorskich i gry na gitarze. Satoshi ponadto użyczył swojego głosu w takich utworach jak „My Heart is a Storm” czy „The River, the Current”.

Rozmowa z oboma artystami pozwoliła poznać dwa różne spojrzenia na tworzoną przez nich muzykę, nagraną płytę oraz na Japonię i Polskę. Pierwszym rozmówcą był Piotr Pietrzak, który dopiero co wrócił z Japonii, gdzie koncertował wraz z Echoscape.

Jesteś członkiem redakcji dziennika Japonia-Online, gdzie zajmujesz się korektą tekstów. Opowiedz nam jednak o sobie coś więcej.

Prywatnie, poza Japonią-Online, oczywiście zajmuję się muzyką – hobbystycznie gram i komponuję już od wielu lat, choć dopiero 2 lata temu zaliczyłem swój pierwszy występ przed szerszą publicznością. Na co dzień pracuję w dziale handlowym jednej z polskich sieciówek sprzedających muzykę, a w wolnych chwilach jestem instruktorem ZHP. Ponadto jestem fanem tatuaży i chorobliwie uwielbiam Jackiego Chana (uśmiech).

Jakbyś opisał swoją muzykę osobom, które jej jeszcze nie słyszały?

Powiedziałbym, że to klimatyczne granie skupione przede wszystkim na ładnych melodiach, nastawione na wywoływanie sentymentalnych uczuć. Minimalistyczne, bo gram sam i głównie jest to jedna ścieżka partii gitary, choć czasami i samemu można stworzyć bardzo bogate muzycznie utwory. A jeśli miałbym sklasyfikować to jakimś istniejącym gatunkiem muzycznym, to powiedziałbym, że to fingerstyle z wpływami math-rocka.

Jakie są Twoje muzyczne korzenie? Co cię inspiruje?

Korzeniami nazwałbym szeroko pojętą muzykę gitarową, raz cięższą (Iron Maiden, System of a Down), a raz lżejszą (Red Hot Chili Peppers, The Gaslight Anthem). Jednak tym, co naprawdę mnie inspiruje do gry, są mało znani szerszej publiczności wykonawcy z kręgu math-rocka. Tutaj już chyba wypada mi wyjaśnić, że to taki styl muzyczny, który charakteryzuje się niestandardowym metrum (stąd „matematyka” w nazwie, bo zapis metrum przypomina ułamek zwykły, a najczęstszym i najprostszym metrum jest 4/4), zmianami tempa i często melancholijnym nastrojem. Moje największe inspiracje to Yvette Young, American Football czy TTNG. Choć będąc przy inspiracjach, nie mogę pominąć zwykłego, codziennego życia. Może zabrzmi to banalnie, ale tak właśnie jest, że to nasze doświadczenia, przeżycia kształtują muzykę, którą tworzymy.

Opowiedz nam o spotkaniu z Satoshim Inoue? Jakie były początki tej współpracy?

Początkiem współpracy była wiadomość od Satoshiego, który znalazł moją muzykę w Internecie. Zaproponował mi wspólne koncerty w Polsce, bo planował przeprowadzić się ze Stanów Zjednoczonych do Japonii, zahaczając „po drodze” o europejskie kraje. Dwa razy nie musiał mnie namawiać. Zaproponowałem mu wtedy nagranie wspólnej EP-ki.

Muszę powiedzieć, że zarówno różnica strefy czasowej, jak i pewna bariera językowa, mimo że obaj nie mamy większych problemów z językiem angielskim, w którym się porozumiewamy, bywały męczące. Cały kontakt opierał się na mailach, bo nie byliśmy w stanie złapać się, by porozmawiać np. przez Skype, więc sprawy, które normalnie można przegadać w godzinę, zajmowały nam często po kilka dni czy tygodni. Mimo wszystko, z racji tego, że na zadowalające nas efekty nie musieliśmy długo czekać, nie odpuściliśmy.

Nad piosenkami pracowaliście na odległość. Z jakimi trudnościami się to wiązało? 

Szczęśliwie poza wymienionymi problemami komunikacyjnymi nie umiem wyróżnić jakichś innych. Myślę, że to zasługa naszego podejścia, bo nie ingerowaliśmy w swoje partie. Oczywiście wyrażaliśmy opinie – zarówno Satoshi o moich utworach, a ja o jego partiach wokalnych, podobnie przy kręceniu teledysku. Tworzenie materiału solo jest trochę inne, w zespole czy nawet w duecie trzeba umieć dopuścić do siebie myśl, że to już nie jest „tylko moja muzyka”, że efekt współpracy będzie wypadkową dwóch podejść, pracy dwójki ludzi. Jeśli druga strona będzie robić wszystko według wskazówek tej pierwszej, to przestaje się to nazywać współpracą. Gdyby wkład Satoshiego do piosenki „My Heart is a Storm” ograniczyłby się do odśpiewania tekstu, który ja napiszę w melodii, którą ja ułożę, to byłaby to moja piosenka. W tym przypadku – tekst i melodia jest całkowicie jego zasługą, dlatego efekt jest tak ciekawy. Gdybyśmy nie potrafili otworzyć się na takie podejście, myślę, że ta EP-ka w ogóle by nie powstała.

Wspomniałeś EP-kę „My Heart is a Storm”, którą wspólnie nagraliście. Opowiedz nam o tej płycie.

„My Heart is a Storm” ukazała się tylko w formie digitalowej na specjalnie założonym koncie w portalu bandcamp 25 lutego 2016 roku. Znajdują się tam 2 wspólne utwory, 2 utwory autorskie Satoshiego i 1 mój solowy. Nagrania realizowaliśmy w Polsce (ja) oraz w Stanach Zjednoczonych (Satoshi). Masteringiem całości zajął się nieoceniony Piotr Madziar, który w przeszłości realizował nagrania takich artystów jak Stanisław Soyka, Ray Wilson z Genesis i Stiltskin czy zespołu Acid Drinkers.

Nagraliście również teledysk do „My Heart is a Storm”. Jak wyglądały prace nad nim? Czy również był realizowany na odległość?

Pierwszy raz w życiu spotkaliśmy się na Dworcu Centralnym w Warszawie, kiedy Satoshi przyjechał z Berlina na naszą minitrasę koncertową po Polsce. Także teledysk również był nagrywany na odległość – ja swoje sceny nagrałem w Miejskim Ośrodku Kultury w Zgierzu, natomiast Satoshi w Nowym Jorku. O montaż całości zadbali przyjaciele Satoshiego.

Ciekawostką jest fakt, że pierwotnie okładka płyty miała wyglądać zupełnie inaczej, ale ostatnie kadry teledysku tak nam się spodobały, że postanowiliśmy je odwzorować w oszczędnym, czarno-białym stylu.

Występowaliście zarówno w Polsce, jak i Japonii. Czy odbiór waszej muzyki różni się w zależności od kraju, w którym ją prezentowaliście?

W Japonii widzowie są zdecydowanie bardziej zapoznani z taką stylistyką. Tylko w Tokio gra wiele math-rockowych (lub z pogranicza gatunku) zespołów, które są znane w tych kręgach na całym świecie. Drugi koncert, który graliśmy w Japonii, promowany był nazwą „Tokyo Math Rock Story Pt. 1: Shimokitazawa” i poza mną wystąpiły tam 4 niesamowite tokijskie zespoły, więc już samo to o czymś świadczy. Także odbiór zdecydowanie był bardziej świadomy, nastawiony na określoną muzykę, nie było tam przypadkowych ludzi. Trudniej też było kogoś zaskoczyć, bo mimo że techniki gry, jakie często używane w math-rocku są widowiskowe (tapping, często obiema dłońmi na gryfie, slap, wybijanie rytmu na pudle gitary), to tam już na nikim to wrażenia nie robi. Liczy się tylko faktyczna jakość muzyki. W Polsce natomiast dla widzów było to raczej pierwsze zetknięcie z tym gatunkiem i często też pierwsze zetknięcie z językiem japońskim. Sam widok tak technicznej gry na gitarze przyciągał uwagę, momentami spychając nawet ocenę muzyki samej w sobie na drugi plan. Granie przed zarówno jedną, jak i drugą publicznością było bardzo przyjemne, bo albo mogliśmy pokazać coś dla nich zupełnie nowego, albo dać im to, czego oczekują.

Podczas podróży po Japonii; źródło: archiwum prywatne Piotra Pietrzaka

Jakie było twoje pierwsze wrażenie po przyjeździe do Japonii? Jak zapamiętałeś swoją ostatnią wizytę?

Japonia jest krajem absolutnie niesamowitym. Wszystko jest poukładane, perfekcyjnie zorganizowane, ale przede wszystkim – logiczne. Ani przez sekundę też nie czułem się czymkolwiek zagrożony – to bardzo bezpieczny kraj; nawet kiedy wydawało mi się, że w pociągu ktoś na mnie patrzy „spode łba”, to kończyło się tym, że podpowiadał coś albo pomagał, jak czegoś nie rozumiałem. O rozwoju technicznym nie ma co mówić, bo to jest oczywiste, ale największe wrażenie zrobiło na mnie podejście do świata – tam ludzie dbają o wspólną przestrzeń, wszystko jest czyste i zadbane, mimo tego, że w samej metropolii tokijskiej żyje ok. 38 mln ludzi! Ponadto nie ma tam tylu „dziwnych” rzeczy, o których rozpisuje się popkultura – oczywiście możemy odnaleźć np. kawiarnie z kelnerkami przebranymi za pokojówki czy ninja, ale nie jest to skala „na całą Japonię” tylko na jedną określoną dzielnicę w Tokio. Japonia wytycza inne standardy – wielopiętrowe sklepy tematyczne (gry planszowe, komiksy, figurki, elektronika itd.), ogromne dworce metra/kolei, automaty z napojami niemal na każdym kroku – ale nie odbierałem tego jako „inny świat”, tylko raczej jako świat, w którym ktoś postawił krok dalej. Krok logiczny, bo to otoczenie po prostu odpowiada potrzebom społeczeństwa – ciasnego i zatłoczonego, żyjącego w upale (lato jest okrutnie gorące) i ciągłym biegu, spędzającego większość dnia poza domem, potrzebującego wydawać pieniądze na gadżety.

Abstrahując od mojego zamiłowania do Japonii, uważam, że każdy chociaż raz w życiu powinien ten kraj odwiedzić i na własne oczy zobaczyć, jak wygląda tam życie. Nabiera się innego spojrzenia, dystansu i zrzuca się klapki z oczu. Tak po prostu po ludzku nabiera się doświadczenia.

Wydałeś w Japonii album „Greatest Hits”. Co możesz nam powiedzieć o piosenkach zawartych na tej płycie?

Tytuł „Greatest Hits” to taki trochę żart, bo „hitów” to pewnie jeszcze jakiś czas nie będę miał (śmiech). W każdym razie jest to kompilacja 6 moich utworów, które uważam za najbardziej udane, z czego 5 z nich było publikowanych już wcześniej, czy to na składankach promujących zgierskich muzyków – MuZgi – czy to na „My Heart is a Storm”. Jeden z nich to demo, które nagrałem, będąc w wieku mniej więcej 18 lat. Ten szósty, nowy utwór, wytycza trochę kierunek, w jakim chcę się udać w najbliższych miesiącach – oparty jest na jednym powtarzającym się motywie uzupełnianym przez kolejne partie gitary i perkusji.

Czy trudno było wydać płytę w Japonii? Jakie rady dałbyś osobom, które chciałyby pójść w twoje ślady?

„Wydanie płyty w Japonii” to nie do końca trafne określenie. Wszystkie kopie tej płyty wykonywaliśmy własnoręcznie w mieszkaniu Satoshiego, więc nie wiąże się to z żadnym kontraktem płytowym czy wytwórnią fonograficzną, a przeznaczeniem tego była po prostu chęć zostawienia po sobie czegoś widzom naszych koncertów. Niemniej jednak kilka kopii zostało w mojej szufladzie i czeka na pomysł, jak mogą zostać wykorzystane.

Rad na pewno bym nie dawał poza jedną najważniejszą – trzeba robić najlepiej jak się potrafi to, w czym chce się coś osiągnąć, a wtedy w końcu szczęście się do nas uśmiechnie i jako cel obrać sobie nie „koncerty w Japonii” tylko „granie jak najlepiej”. Na siłę nie znajdzie się „Japończyka, który będzie chciał z tobą grać muzykę”, ale możemy publikować coraz lepszy materiał, który ma szansę na zostanie zauważonym.

Co planujesz w najbliższym czasie? Czy można się spodziewać kolejnej międzynarodowej muzycznej współpracy?

Aktualnie jestem w trakcie tworzenia i nagrywania materiału na kolejną EP-kę. Planuję zrobić z tego trochę większy projekt (mimo niewielu utworów) i zaprosić do współpracy nowe twarze, nie tylko muzyków. Cześć z nich będzie z naszego polskiego podwórka, ale mam nadzieję, że uda mi się również namówić kilkoro zdolnych wokalistów z zagranicy. Żeby nie zapeszyć, nie będę zdradzał szczegółów (uśmiech).

Czy jest coś takiego w polskiej kulturze, co szczególnie chciałbyś pokazać Japończykom? Co mogłoby ich szczególnie zainteresować?

Większość Japończyków, z którymi rozmawiałem, pytało mnie o 3 rzeczy – jedzenie, alkohol i kobiety (śmiech). Ale nie potrafię wskazać konkretnej rzeczy i stwierdzić, że to „nadaje się dla Japończyków”.

Przekaż proszę wiadomość czytelnikom Japonii-Online.

Dziękuję za wytrwałość w czytaniu (śmiech). Zachęcam do śledzenia mojej strony na Facebooku. Jeśli ktoś jest zainteresowany to może natrafi na mój koncert gdzieś niedaleko swojego domu. 

Teledysk do piosenki „My Heart is a Storm” nagranej wspólnie z Satoshim Inoue z Echoscape; źródło: YouTube/Piotr Pietrzak

SYLWETKA AUTORA

TAGI:

Polska-Japonia   muzyka  

NASZE ARTYKUŁY

Muminkomania w Japonii

NAJPOPULARNIEJSZE ARTYKUŁY

Komu macha maneki-neko?

Kitsune - japońskie lisy

PATRONUJEMY

PARTNERZY

Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy
Partnerzy